• Dominika Śliwińska- Chrząszcz

Totalnie NIE!-WYMARZONA Pani Domu


Zawsze mnie zastanawiało czy jestem jedyną dziewczyną na świecie, która próbując sobie wyobrazić własną przyszłość NIGDY nie potrafiła w tych wyobrażeniach wylądować przy garach, w pieluchach, ze stertą majtek i skarpetek do uprania.


Wizja MNIE w roli zachwyconej swoją codziennością Matki, Idealnej Żonki wydawała mi się dość mocnym i jednocześnie nieco zabawnym ABSURDEM.


Po pierwsze: JA I GOTOWANIE? Ha!


Powiecie, że Pani Dietetyk nie wypada Nie umieć gotować, a ja się subtelnie z tym nie zgodzę... :D W czym problem? Wyczucie smaku jest, Przepisy zna, wiedza, świadomość tego co się jest: CHECK! ...ALE chyba moje serce dopiero po latach dopuszcza do siebie fakt, że można czerpać RADOŚĆ z tego NIELUBIANEGO dotychczas GOTOWANIA.


Wciąż jestem na etapie: jak już dorwę się do pieczenia ciasta to 8/10 przypadków je spalę, także na tą chwilę jestem dumna, że przy okazji tych KULINARNYCH PRÓB nie puściłam jeszcze żadnego LOKUM z dymem.


W moim rodzinnym Domu gotowanie było raczej SZYBKĄ czynnością. Sporo gotowców, wypraw na skróty. Mama mimo, iż dbała o nas najlepiej na świecie sama nigdy nie miała serca do spędzania czasu w kuchni przez co i my nigdy tego czasu tam nie planowaliśmy. Jak już wiecie po moich zwierzeniach dotyczących moich młodzieńczych kształtów- jeść lubiłam i nie ma co kryć: pojęcie KALORII było mi obce, a Ci którzy ogarniają temat GOTOWCÓW wiedzą, że na tego typu posiłkach można całkiem sprawnie przytulić sporo kilogramów.


Mój Tata całe życie dbał o linię. Jego dzieciństwo również kreśliło się w raczej okrągłych kształtach i mimo, iż wyrósł na dorodnego, szczupłego młodzieńca to jak się domyślacie obsesja na punkcie trzymania wagi po jej mocnym spadku została na długie lata. Tak samo zresztą jak MIŁOŚĆ DO JEDZENIA. Facet, który ze wszystkich słodyczy najbardziej uwielbia kabanosy, ale to nie znaczy, że nie pała uczuciem do czekolady, zamiast narażać siebie na powrót do znienawidzonego obrazu przeszłości wolał wszelkie słodkości, pyszności przywozić do domu. Koniec końców jadł najczęściej oczami, a jak już w ramach posiłku dochodziło do nakładania PORCJI np. przy okazji obiadu to... OBY nie za dużo, oby nie przytyć- co stało się pewnego rodzaju echem w mojej głowie.


Nikomu w naszym domu nie zależało specjalnie by ten czas w kuchni spędzać jakkolwiek owocnie. Nie piekliśmy, nie gotowaliśmy wspólnie, nie uczyliśmy się przepisów, "sposobów na", ale...jest jedna rzecz, którą wyniosłam z kwestii OKOŁOJEDZENIOWYCH i którą staram się teraz wnieść do tworzonej przez siebie rodzinki to WSPÓLNE OBIADY.


Siadanie razem do stołu- bez telewizora, bez telefonów- nawet w najbardziej zabieganych realiach, bez względu na to CO NA TALERZU i jak to zostało przyrzązone- scala i motywuje do nawet krótkiej wymiany zdań, a to jest (UWAŻAM) ważne.


Żeby było jasne: to, że w moim rodzinnym domu się wspólnie nie gotowało to nie znaczy, że JA SAMA nie próbowałam. Oczywiście, że tak! Zresztą... Która dziewczyna nie przechodziła przez etap ROBIENIA swojemu chłopakowi śniadanek, obiadków- tak by się poczuł doceniony i ugoszczony. Oczywiście, jak zaczęłyście te PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA próby w wieku 20stu lat (jak ja) to szybko się przekonałyście, że to wcale nie gwarantowało opcji "I żyli długo i szczęśliwie". Mój pierwszy narzeczony dość skutecznie wyśmiewał moje próby kulinarne utwierdzając mnie w poczuciu, że naprawdę nic nie potrafię, więc... po 25 roku życia rzuciłam fartuch w kąt i szepnęłam sama sobie soczyste "NIGDY WIĘCEJ!".


Jak się domyślacie pierwszy narzeczony nie był ostatnim i tak jak ten fartuch został skutecznie rzucony. Dopiero obecny Mąż (uprzedzam: to naprawdę złoty człowiek, więc to właściwie pewniak, że wspominając o nim w swoich postach będę się wielokrotnie rozpływać) otworzył się na wspólne gotowanie, a właściwie zaczął sam dbać o zawartość mojego talerza co było miłą odmianą i spowodowało, że powróciły mi chęci do próbowania sił w walce z patelnią i całą resztą śmiesznych przedmiotów.


Po drugie: JA I ODKURZANIE.


Totalnie Z CAŁEGO SERCA NIENAWIDZĘ, a jednocześnie mam obsesję na punkcie odkurzonej przestrzeni- o czym kompletnie nie było mowy do momentu kiedy nie zaczęłam mieszkać sama. Kurze na szafkach, lustrach, syf na podłodze są czymś co potrafi być tzw. OLIWĄ do ognia w przypadku trudniejszego dnia.


Posiadanie dwóch włochatych miauczących panów jak się domyślacie owocuje tym, że JEST CO ODKURZAĆ i ta aktywność była przeze mnie regularnie praktykowana (WARIATKA co drugi dzień latała z buczącą bestią) do czasu kiedy szum odkurzacza został zastąpiony krzykiem Małego Księcia. Teraz to nie mam mocy na ponoszenie klęsek przy próbach okiełznania Dwóch Bestii ( <3 ) na raz.


MYCIE PODŁOGI.


Czynność, którą praktykowałam jedynie w 36 tygodniu ciąży. Nigdy wcześniej dobrowolnie nie przytuliłam ściery z myślą o wyszorowaniu jakiejkolwiek podłogi, bo "nadeszła pora".


PRANIE.


Cieszmy się z istnienia pralek. AMEN.

Ręcznie? Skutecznie rozmazuje zabrudzenia na ubraniach ze względu na kompletny brak znajomości zasad 'co się spierze w jakiej temperaturze'.

Posiadanie suszarki uważam za luksus o dostęp do którego się zawsze staram + jak suszenie odbywa się w ciszy, a na koniec otrzymujesz zestaw nie zmielonych części garderoby to już w ogóle WYGRANKO na najwyższym poziomie.


MYCIE OKIEN.


Bardziej rozmazywanie. Tak, to potrafię i idzie mi całkiem nieźle, aczkolwiek jest to kolejna czynność, której dobrowolnie, z własnej inicjatywy się nie podejmuję. Zawsze mam dobrą wymówkę, bo DESZCZ, ŚNIEG, albo ZIMNO i SZARO za oknem i nie ma co.


ŚCIELENIE ŁÓŻKA.


Moja cicha obsesja. Łóżko musi być pościelone. Nauczyła mnie tego moja dobijająca obecnie setki Babcia, która całe życie byłą wzorową PANIĄ DOMU.

Żona Generała, Matka trójki chłopców, a mieszkanie zawsze błyszczało, ubrania w szafkach były ułożone w kosteczkę, naczynia dokładnie umyte, wypolerowane, pokoje odkurzone i takie zasady prowadzenia domu były i mi wkładane do głowy.

Cieszę się, że chociaż łóżka regularnie ścielę.


Prawda jest taka, że mogłabym wymienić tu jeszcze wiele opcji, ale myślę, że już na tym etapie udowodniłam, że KRÓLOWĄ GOSPODYŃ nigdy zostać nie planowałam.


Jedyne co od tego czasu się zmieniło to Zaczęło mi się chcieć starać -co wcale nie znaczy, że cokolwiek ZACNEGO z tych starań wychodzi.


Wciąż za punkt Honoru uznaję pościelone łóżko po nocy. Odkurzanie w obecnych realiach odchodzi raz na tydzień przy dobrych wiatrach.


Jak dobrze Moje Panie wiecie, MĄŻ może być najcudowniejszym mężem na świecie, ale i tak pewne rzeczy muszą zostać pokazane palcem i pogonione prośbą o szybką realizację, bo inaczej nie zostaną zauważone i pozostaniesz jedyną osobą, której np. taki kurz na szafce będzie przeszkadzał.


Nigdy nie wyobrażałam sobie siebie grzebiącej w pieluchach, a tymczasem moje obecne życie kręci się wokół kupy :)

Mimo Maminego zabiegania od czasu do czasu udaje mi się coś Mężowi ugotować (chociaż obecnie to częściej On dba o zawartość mojej michy), Zakupy robię Online, Zmywam naczynia (wielokrotnie niedokładnie) i dbam o to by nic się nie walało pod nogami a przestrzeń była na tyle przejrzysta by dało się w niej miło funkcjonować i niesamowitą radość mi to wszystko sprawia. Oczywiście że jestem DĘTKĄ i zdycham ze zmęczenia, ale... no taka kolei rzeczy.


Wracając do punktu wyjścia.

Zdecydowanie nie zostałam zaprogramowana do roli KURY DOMOWEJ jednak obecne realia, rola w którą TAK CHĘTNIE weszłam mówiąc TAK i kolejna do której miałam całe 9 miesięcy by dojrzeć (przebimbałam ten czas zamiast dojrzewać xD) doprowadziły do momentu kiedy ochoczo gdaczę nad pisklakiem i trzepię piórkami przed Moim Kogutem. Nagle się okazuje, że może i NIEUDOLNIE, może I NIEZBYT WZOROWO, ale to Mój Cyrk, po prostu musiałam mieć w nim swoje małpki i od razu mi się zachciało w nim występować :D


Koniec psot Mamusiu, pora zacząć być odpowiedzialną damą.

BO WIESZ, że chcesz.

18 wyświetlenia0 komentarz