• Dominika Śliwińska- Chrząszcz

SAMOAKCEPTACJA, czyli to z czym się bujamy.

...TEMAT RZEKA.


Coś do czego z jednej strony dojrzewamy, od czego jednocześnie NIECHCĄCY czasem uciekamy, rzecz o którą walczymy i której zwyczajnie potrzebujemy by móc osiągnąć to coś zwane dumnie SZCZĘŚCIEM.

Już w poprzednim poście dużo pisałam o próbach sprostania bliżej nieokreślonym ideałom. Zanim przychodzi nam do głowy ZŁOTA myśl by nauczyć się AKCEPTOWAĆ to jacy jesteśmy mamy do przejścia wyboistą drogę pełną prób, poszukiwań i pomyłek. Na początku czerpiemy inspiracje z pewnych wzorców: patrzymy na naszych rodziców, dziadków, wychowawców, znajomych i tak kroczek po kroczku ROBIMY SIĘ SOBĄ. Mimo tony inspiracji czy wzorców po które sięgamy znajdujemy w tym wszystkim gdzieś tą naszą drogę. Wyrabiamy sobie opinie, poglądy, dowiadujemy się tego, tamtego, doświadczamy różnych rzeczy i tak się TWORZYMY.

Wbrew pozorom (moim zdaniem) przez sporą część życia to TWORZENIE SIĘ dzieje się w znacznym stopniu nieświadomie.

Co to znaczy?

Poznajemy ludzi, którzy mniej lub bardziej na nas wpływają, jesteśmy uczestnikami niezależnych wydarzeń, wychowujemy się w danym środowisku a zanim jeszcze nauczymy się analizować plusy i minusy różnego rodzaju POSUNIĘĆ, dotykają nas konsekwencję naszych wyborów, podjętych decyzji. Ten cały nawał życia, który prowadzi nas przez dzieciństwo i młodość do dorosłości robi z nas tych dorosłych i zanim dobijemy do momentu gdzie świadomie będziemy decydować o tym w którą stronę dalej biec już swoje zdążymy zakodować.

Zaczynam się zastanawiać w którym momencie tak naprawdę wzięłam SIEBIE SAMĄ jako PAKIET, którego plusów, minusów, wad, zalet i możliwości stałam się ŚWIADOMĄ posiadaczką i szczerze powiem: NIE WIEM.

Same próby stania się INNĄ sobą przez które rozumiem okres anoreksji, bulimii uważam za bieg po omacku. Były to próby stania się KIMŚ innym kompletnie nie polegające na współdziałaniu ze swoim ciałem wykorzystując jego zdolności i możliwości tylko wręcz NA PRZEKÓR niemu dla osiągnięcia obranych efektów, które w żaden sposób nie były racjonalnie przemyślanymi.

Zamiast negować to ja może oprę swoje wywody na tym gdzie TERAZ jestem i jak wyglądają podejmowane przeze mnie kroki.

Przede wszystkim świadoma wagi napisanych dalej słów stwierdzam:

ZNAM SIEBIE.

Znam siebie, znałam (ciąża- odrębny temat, któremu zapewne poświęcę jeden z kolejnych wpisów) swoje ciało i jego możliwości, wiem kim jestem, wiem co lubię czego nie lubię (oczywiście dopuszczamy również bonus "jeszcze nie miałam okazji poznać"), wiem KOGO lubię, co cenię w ludziach, czego totalnie nie toleruje a nawet nie akceptuje i... UMIEM PODEJMOWAĆ w związku z tym decyzje.

Moje decyzje, wybory są wiążą się ze świadomością ich konsekwencji (co nie wyklucza oczywiście niezależnych niespodzianek), Ale co to ma wspólnego z samoakceptacją?

Żyję w zgodzie ze swoimi przekonaniami, wartościami, które pozwoliłam sobie sama zweryfikować poprzez analizę przeszłości czy obserwację otaczającego mnie świata i ludzi. Nie potrzebuję czyjejś opinii czy aprobaty by być pewna dokonywanych wyborów (życie małżeńskie i dyskusja z małżonkiem na temat podejmowanych kroków to ponownie odrębny temat/ dział życia). Wiem lub świadomie porywam się na POZNAWANIE tego co jest dla mnie WEDŁGU mnie odpowiednie- a co nie.

Prostym i dość jasnym przykładem (mimo wszystko nie oddającym w pełni tego co mam na myśli mówiąc o świadomej samoakceptacji) jest NAUKA. Kiedyś celowałam, poznawałam, inspirowałam cudzymi wyborami czy zwyczajnie uczyłam się tego co mi było narzucane- TERAZ? Wiem co mnie kręci, fascynuje, czego ja i moja głowa CHCEMY SIĘ NAUCZYĆ i Pogłębiam swoją wiedzę na takim poziomie i z takiego zakresu jaki w danym momencie mnie interesuje.

Partnerzy życiowi.

Na początku KIEROWAŁAM SIĘ TYM czy KTOŚ MNIE CHCIAŁ. CIESZYŁAM jak ktoś mnie akceptował i poza próbą sprostania jego oczekiwaniom jeśli mi odpowiadał "brałam co było" bez wybrzydzania (muszę zaznaczyć jedynie, iż pierwszego chłopaka to ja miałam w wieku 16lat i buziaczki były wtedy maksymalnym szaleństwem z mojej strony. Wolę dopisać po użyciu wcześniej sformułowania "BRAŁAM" :)

Gdzieś w międzyczasie "Jestem Twoją dziewczyną bo Cię lubię, ale ważniejsze żebyś Ty mnie lubił" przewinął się inny etap "BO MOI ZNAJOMI CIĘ LUBIĄ" + oczywiście gdzieś już w doroślejszym życiu pojawił się "CHCĘ być z TOBĄ bo nie chce by był z TOBĄ ktoś inny żebym nie musiała się do tego kogoś porównywać potem i doszukiwać się JEJ LEPSZOŚCI w zestawieniu ze mną".

TERAZ? Mój obecny mąż jest moim CZŁOWIEKIEM :) świadomym wyborem, moim najlepszym przyjacielem, moim ulubionym towarzyszem wszystkiego.

JA I MOJE CIAŁO.

Kiedyś trening był po to by mieć wysportowany, umięśniony brzuch, piękny zgrabny poślad, mikroskopijną warstwę tłuszczyku. Jedzenie było baterią, kopem energetycznym- OBY ZDROWYM, oby przemyślanym. Teraz? Teraz znam swoje ciało, wiem jak ono wygląda, lubię ję za wspólnie przeżyte lata mimo, że np OBECNIE mogłoby być w lepszym stanie (ciąża, połóg ect. JW. opiszę soon), ale... to moje ciało, moja plastelina, ciasto do lepienia. Lubię sobie robić przyjemności. Odżywiam je zazwyczaj zdrowo, ale też bez presji, zgodnie ze smakiem :) pracuje z nim dla NASZEGO zdrowia, dla SPRAWNOŚCI, mobilności, zakresów i dobrej kondycji fizycznej.

Wszystko wyżej wystukane jest MOIM PUNKTEM WIDZENIA. Zastanów się czym dla Ciebie jest samoakceptacja, czy już ją osiągnęłaś czy wciąż szukasz balansu? Może zgadzasz się ze mną a może uważasz kompletnie INACZEJ.

Jak widzicie nie przytaczam tu mądrości z poradników psychologicznych. Rzucane hasła są niczym nie potwierdzone poza moim doświadczeniem, opcjonalnie dyskusjami z innymi DOŚWIADCZONYMI, więc każde inne zdanie jest na wagę złota.

ZAMYKAJĄC DŁUGĄ MYŚL.

Do napisania tego posta skłoniły mnie ostatnie przemyślenia odnośnie mojego życia. Zwracając obecnie uwagę na swoją śmiałość w stosunku do ludzi, pewność w słowie, w walce o to czego pragnę, sumienność w pracy, łatwość w precyzowaniu priorytetów oraz organizacja i wypełnianie wiedzą głowy- podejmowane szkolenia, kursy i obieranie kolejnych kierunków rozwoju stwierdziłam dumnie, że dorosłam.

Akceptuje to Kim jestem, jaka jestem.

Nie szukam już swojego miejsca na ziemi, bo wiem, że może ono być wszędzie gdzie ja postanowię, że JEST. Nie wymagam od siebie cudów tylko stawiam realne cele opierając je na znanej mi już BAZIE DANYCH, którą sama swoją osobą Tworzę. Nie potrzebuje sobie UDOWADNIAĆ, że mogę, bo wiem na co mnie stać i wiem co mi przyjdzie z łatwością a co będzie podejmowanym wyzwaniem.

Samoakceptacja jest pewnego rodzaju WOLNOŚCIĄ, ale...

będąc CZŁOWIEKIEM, ... BĘDĄC Kobietą :) Pozwalam sobie czasem zapomnieć o tym jak bardzo siebie akceptuje i zaakceptować fakt chwilowej self-nienawiści, zniechęcenia, załamki, bo... takie chwile też są częścią tego JAKA JESTEM.




22 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie