• Dominika Śliwińska- Chrząszcz

Od Zajścia do Porodu, czyli MOJA CIĄŻA.

Zarówno sama ciąża jak i poród jest indywidualną sprawą Każdej Kobiety i to, że MOJA wyglądała tak a nie inaczej, ja się czułam tak lub siak totalnie nie oznacza, że TY to czytająca będziesz czuła lub czułaś się podobnie. Co Kobieta to historia i tego się trzymajmy :) Ale... Historiami dobrze się dzielić.


Zacznę od tego, iż temat CIĄŻY nie był dla mnie nowością.

W wieku 25 lat zaszłam w ciążę, która skończyła się przed końcem 1 trymestru poronieniem i tak oto próbując dociec (oczywiście we współpracy z lekarzem) tego DLACZEGO mój organizm nie przyjął tej ciąży... oto dowiedziałam się (potwierdzając badaniami), że mam CELIAKIĘ i że raczej w tą ciążę nigdy skutecznie nie zajdę.

Moje obudzone do życia hormony zostały zgniecione zarówno faktem utraty nieplanowanej wtedy, ale JEDNAK zaakceptowanej ciąży jak i informacjami na temat mojego zdrowia.


Dziś już wszyscy dobrze wiemy, że życie pokazało coś zupełnie innego :)


Jak się domyślacie- ze względu na minione doświadczenia tematy ciąży, dziecka, zmiany priorytetów miałam już przemyślane, bo tak mi się wydawało, że miałam, no i WIEDZIAŁAM SKĄD SIĘ BIORĄ DZIECI, także jak na przyzwoitą Kobietę przystało :D Wyszłam za Mąż i... PYKŁO. Tuż po zostaniu Żoną zaszłam w ciążę i moje życie wywróciło się do góry nogami, a moja głowa razem z nim.


Pierwsze ATRAKCJE związane z nowym STANEM mojego ORGANIZMU dopadły mnie już w trakcie czwartego tygodnia NOWEGO ROZDZIAŁU.


Atrakcją nr. 1 była większa emocjonalność (a ja z natury JESTEM bardzo emocjonalna:)- płaczliwość, nerwowość- którą oczywiście odczytałam jako zbliżający się okres. Z racji faktu, że od dłuższego czasu dopuszczaliśmy z Mężem opcje +1 to to ON był pierwszą osobą, która stwierdziła "Jesteś w ciąży" co zmotywowało mnie do wykonania badania krwi.

- BINGO! Miał rację.


Początkowo ta informacja mną wstrząsnęła (mimo, iż jak wspomniałam- działania były świadome). W piątym tygodniu odwiedziłam Panią Ginekolog, która poza stwierdzeniem, że jeszcze jest za wcześnie uprzedziła mnie o wszystkich możliwych następstwach ciąży. Nawet nie wiecie jak bardzo się cieszyłam, że mnie to nie tyczy.

HA HA HA= wystarczyło poczekać do rozpoczęcia 6 tygodnia i petarda odpaliła.

BÓL BRZUCHA, GŁOWY, ZAWROTY GŁOWY, OMDLENIA, BRAK SIŁ, MDŁOŚCI, SENNOŚĆ, BRAK APETYTU lub dorywczo WILCZY SPRECYZOWANY GŁÓD (Sprecyzowanie polegało na WYKLUCZANIU rzeczy, których definitywnie NIE DOTKNĘ) a na deser: CAŁKIEM konkretny zjazd psychiczny.


Proste czynności zaczęły sprawiać mi trudność.

Całymi dniami leżałam na kanapie nie robiąc ZUPEŁNIE NIC. Okres pierwszego trymestru zgrał się z początkiem kwarantanny (covid-19) za co po cichu dziękowałam. Totalną abstrakcją było dla mnie SAMO MYŚLENIE- nie miałam siły ani zwyczajnie CHĘCI na wyjście do sklepu a co dopiero poprowadzenie jakichkolwiek treningów czy zajęć. Do tego wszystkiego doznałam mocnego wjazdu na BANIĘ.

Z dnia na dzień zaczęłam się czuć jak bezużyteczny PASZTET. BO TAK.

Mój Mąż pracował zdalnie, a ja nie tylko tą pracę straciłam z powodu pandemii, ale zwyczajnie nie potrafiłam sobie znaleźć INNEGO, zastępczego zajęcia. Stanie się JEDNOŚCIĄ z kanapą nie służyło mojej GŁOWIE.


Mimo dość stabilnego dotychczas poczucia wartości czy nawet pewności siebie nowy STAN spowodował brak chęci do BYCIA SOBĄ. Moje JA z dnia na dzień jak wspomniałam zostało BEZ PRACY, bez HOBBY, bez odskoczni, bez wyjścia. Mimo pozornej gotowości na BYCIE MAMĄ fatalne samopoczucie doprowadziło do myśli, że "ja się kompletnie do tego nie nadaje" co... ani na sekundę nie wywołało myśli "NIE CHCĘ TEGO DZIECKA". Dlaczego to podkreślam?


Uważam, że niechęć BYCIA W CIĄŻY nie jest równoznaczna z NIECHĘCIĄ POSIADANIA DZIECKA. Sama sobie musiałam to mocno TŁUMACZYĆ czując WYRZUTY SUMIENIA za to że SIĘ ŹLE CZUJE. Ciało mnie bolało, wymiotowałam codziennie, nie miałam ochoty na widywanie się z ludźmi (BA! Na Samo rozmawianie z nimi), czułam się zwyczajnie ŹLE w tej wersji siebie i do tego CZUŁAM SIĘ NAPRAWDĘ ZŁYM CZŁOWIEKIEM, dlatego że się tak czuje. Jakiś cichy głosik w mojej nabuzowanej hormonami głowie krzyczał mi, że jestem podła, że nie umiem docenić, że marudzę. To wszystko tak mi nie służyło, że kompletnie nie potrafiłam się tym stanem cieszyć.


Teraz na chwile wjedziemy głębiej do tej MOJEJ BANI, która naprawdę zacnie organizowała mi CZAS WOLNY uzupełniając go o masę ABSURDALNYCH myśli, wyrzutów, pretensji do samej siebie.


Nie miałam KOMPLETNIE ochoty na jakiekolwiek zbliżenia. Stałam się wbrew CHĘCIOM chłodna i na dystans. Moje odbicie było dla mnie koszmarem, każdy kolejny dzień WYRZUTEM SUMIENIA. Dlaczego?

HALO! PRZED SEKUNĄ WYSZŁAM ZA MĄŻ!

Przed chwilą byłam super dziewczyną, narzeczoną i panną młodą, a trzy tygodnie po ślubie Stałam się POTFOREM przez wielkie F i kompletnie nie umiałam temu stawić czoła. Chciałam być tą FAJNĄ LASKĄ z którą się ożenił mój Mąż, a jednocześnie nie czułam, że potrafię (Czyt. NIE POTRAFIŁAM). Wkręcałam sobie głupie domysły, historie. Porównywałam się do innych, gnębiłam i gnoiłam za obecny stan.

SKĄD TE HORMONY MAJĄ TE MOCE, żeby NAS TAK NISZCZYĆ?


Wiele głosów mi wtedy powtarzało, żebym odetchnęła, zaczęła czerpać radość z wolnego, zaczęła czerpać radość z nowego etapu, a ja... a ja powtarzałam w kółko mantrę o straconej wolności, straconej SIEBIE, zabranej sprawności itd.


Ktoś pomyśli: CO ZA EGOISTKA.

Na co odpowiem: Oczywiście. W końcu mówimy o mnie, moim życiu i mojej przyszłości.


Ponownie podkreślam: FAKT NIECHĘCI przechodzenia STANU CIĄŻY KOMPLETNIE nie pokrywał się z niechęcią do urodzenia TEGO dziecka- zdrowego i pięknego czy... (bo to też trzeba dodać) ŻALU że wyszłam za Mąż. KOMPLETNIE, TOTALNIE NIE. Moje myśli były rozbiegane, moja głowa zagubiona.


Początki tej ciąży poza gamą 'niesympatyczności' wystawiły moje nerwy na poszarpanie, a mianowicie w 7 i 9 tygodniu zaczęłam krwawić. Raz obficie, raz JEDNORAZOWO ale konkretnie (takie krwio-splunięcie). Oba te razy odpalały mi w głowie panikę i kończyły się wizytą pierwszy raz u ginekologa, a drugi na ostrym dyżurze. Wspomnienia poronienia sprzed lat znalazły przytulny kącik w tyle mojej głowy i nie odstępowały mnie na krok do końca pierwszego trymestru. Ani jedno ani drugie krwawienie w moim przypadku nie okazało się groźnym.


Po dowiedzeniu się na temat istnienia badania PAPPA zdecydowaliśmy się z Mężem na jego wykonanie. Zresztą- nie wiedzielibyśmy o nim gdyby nie Moja Pani Ginekolog, która zasugerowała jego wykonanie. Wszystko byłoby super gdyby nie fakt, że po odczytaniu pełnego wyniku otrzymaliśmy informację o podwyższonym ryzyku TRISOMII 21...


Chciałabym dodać tutaj, iż okresowi ciąży poza COVID-em towarzyszył ogromny stres związany z dotychczasowym miejscem pracy. Pomijając zastój w branży Okazało się, że osoba którą darzyłam zaufaniem, z którą weszłam we współpracę zwyczajnie to zaufanie nadużyła. Kosztowało mnie to bardzo dużo stresu i... wpakowało w poważne trudności finansowe. Nie będę się tu na ten temat rozpisywać. Jest szansa, że poświęcę temu otrzymanemu PLASKACZOWI nieco więcej słów jak tylko temat się przedawni.


Dlaczego o tym wspominam?

Żeby zweryfikować prawdziwość wyniku testu PAPPA mogliśmy oczywiście skorzystać z innych badań jednak wiązało się to niestety z dodatkowymi kosztami. Dostępne badania DNA płodu nie należą do najtańszych i na ten moment życia były dla Nas kosmicznym wydatkiem, więc ich nie wykonaliśmy. Moja Pani Ginekolog znając sytuację wypisała mi skierowanie do GENETYKA, następnie połówkowe USG zasugerowała, żebym wykonała u innego lekarza zbierając jak najwięcej opinii. Każda z nich była (POWINNA BYĆ) uspokajającą, ale musiałabym skłamać gdybym powiedziała, że zgasiły one moją zapaloną lampkę. Do końca ciąży chodziłam z bijącym w tył głowy wynikiem testu i nadzieją na BŁĄD.


Wyżej opisywany stan fizyczny i psychiczny nie opuszczał mnie do połowy 5 miesiąca. Dopiero w okolicach 20 tygodnia zaczęłam czuć się lepiej. Brzuszek powoli zaczynał być bardziej widoczny, a jedyne co mi niezmiennie doskwierało to kompletny brak kondycji, mocne wyczulenie na zapachy i oczywiście koszmarnie trudne do okiełznania PSYCHOJAZDY (nie może być za łatwo- paranoje okołookresowe to przy ciążowym hormonalnym stanie PIKUŚ). Taki przyjemny obrót spraw zmotywował mnie do wskoczenia na rower- oczywiście wcześniej skonsultowałam te chęci z prowadzącym lekarzem.


Kolejne tygodnie cieszyłam się wiatrem we włosach, galopując w tempie kulawego żółwia na Swoim Pięknym Rumaku. Moje Rowerowe Cardio niestety nie trwało zbyt długo.


Pod koniec 6 miesiąca zostałam potrącona przez... INNEGO ROWERZYSTĘ, który postanowił mi POKAZAĆ, że nie jeździ się środkiem ścieżki rowerowej.

Nie zaprzeczę, że tym środkiem jechałam. Ścieżka była szeroka, obok dodatkowo równie szeroki chodnik, Nikogo nie było- byłam królową tej ścieżki. Tak mi się wydawało do momentu kiedy nie dostałam z BARA (bez ostrzeżenia) i nie wylądowałam z hukiem na betonie. Odpowiedzią na mój krzyk był ÓW rowerzysta, który się cofnął mówiąc "I czego się Pani Drze? Trzeba było nie jechać środkiem" na co zaryczana, poobdzierana, poobijana odkrzyknęłam "Jestem w ciąży". Jak się domyślacie zabrała mnie karetka.

Jeszcze tego samego dnia wróciłam na żądanie do domu. Maluch turlał się cały i zdrowy, a ja w dobie COVIDu wolałam jednak zalecone doby ODLEŻEĆ w towarzystwie męża.


Po 2 dniach odzyskałam moce, jednak z rowerem się pożegnałam na dobre.

Miesiące 7 i początek 8 były również przyjemnymi. Jedyne co nie odpuszczało to... PRZYROST MASY i od czasu do czasu mdłości + psychojazdy :D


8 miesiąc ODPALONY. Z dnia na dzień stawałam się cięższa, a tygodnie zaczęły się mocno dłużyć. Wróciły dolegliwości z pierwszych miesięcy. Mdłości, bóle i zawroty głowy, bóle brzucha, kosmicznie nieprzyjemne zaparcia, wzdęcia, wymioty, przeogromne zadyszki i dodatek specjalny BEZSENNOŚĆ- te wszystkie końcowe atrakcje doprowadzały mnie do szału, a ja zaczęłam niecierpliwie odliczać DNI do tzw. KOŃCA.


W okolicach 35 tygodnia zaczęłam odczuwać mocne bóle w podbrzuszu i skurcze. Końcówka ciąży (Która wyprzedzając domysły utrzymała się do końca w zdrowiu) wymagała ode mnie częstych wizyt u specjalistów i zwolnienia tempa.


Prawda jest taka, że im jesteś WIĘKSZA tym więcej osób pyta Cię o samopoczucie, część dodaje do tego złote pytanie "NA KIEDY MASZ TERMIN?" i rzadko kto dopuszcza opcję odpowiedzi "CZUJE SIĘ FATALNIE" lub "chciałabym już rodzić". Co oczywiście jest przemiłe, ale... Stan Ciąży jest znany jako BŁOGOSŁAWIONY przez co kojarzy się jedynie z tym co dobre i wspaniałe.

Oczywiście nie zaprzeczam, że możliwość bycia w tej ciąży czy fakt TWORZENIA NOWEGO ŻYCIA jest czymś totalnie niesamowitym, ale... to nie znaczy, że w trakcie tego Tworzenia TY JAKO TY czujesz się TWORZĄC równie nieziemsko.


Skurcze nadeszły razem z wybiciem zakończenia 38 tygodnia.

15 grudnia Maluch był już z nami <3


O porodzie NIE BĘDĘ SIĘ tu ROZPISYWAĆ, bo to totalnie inna BAJKA, aczkolwiek nadmienię, że cała ciąża mimo iż dała mi popalić ma się NIJAK do tematu PORODU. Kompletnie. Jestem dumna, że jestem KOBIETĄ, może kiedyś napiszę na ten temat nieco więcej :)


Od momentu zdarzenia, które miało miejsce LATA temu byłam PEWNA, że moje instynkty są pobudzone, a ja pod każdym względem GOTOWA na bycie MAMĄ. Zdecydowanie tak nie było :)


Jak myślę o tym wszystkim teraz to uświadamiam sobie , że sam fakt BYCIA W CIĄŻY dotarł do mnie dopiero w okolicach 8 miesiąca. Otrzymywane w żeberka kopy, czkawka w podbrzuszu zaczęły budzić we mnie swojego rodzaju PRZYWIĄZANIE. Wcześniej myślałam o tym małym człowieku, zależało mi na jego zdrowiu, biegałam z badania na badanie, ale nie CZUŁAM, że on rośnie i rozwija się WE MNIE, że jest MOIM CZŁOWIEKIEM. Ciężko to wytłumaczyć, ale myślałam o Nim jak o czymś odległym, ABSTRAKCYJNYM o co CHCĘ dbać.


Teraz... POWOLI DOCIERA DO MNIE, że NASZ PIĘKNY CZŁOWIEK jest już z nami, jest NASZYM SYNEM i że już na zawsze nim będzie. PODKREŚLAM DOCIERA POWOLI :D

Mimo ogromu miłości jakim go darzę, spędzaniu z malcem 24/7 od ponad miesiąca, dbaniu o niego, wciąż muszę sobie przypominać, że mam swój UDZIAŁ w Jego powstaniu :)


Szczerze NIE CIERPIAŁAM siebei w ciągu tych miesięcy, jednak bycie świeżą MAMĄ jest czymś totalnie cudownym, czymś kompletnie nie do opisania. Miłość, troska, przywiązanie nie z tej ziemi- Bezsprzecznie Warto było się przemęczyć te 38 tygodni.


* Także droga CZYTELNICZKO (jeżeli tu takie bywają :D)

Jeśli jesteś Mamą i to czytasz to ja z tego miejsca Cię podziwiam, ściskam i wysyłam dużo mocy. Jeśli wciąż się starasz o małego szkraba to wybacz mi moje narzekanie- każda historia jest inna tak jak każdy człowiek- będzie dobrze! Walcz!


+ Bez względu na to czy Tą Mamą jesteś, będziesz lub NIE- Nigdy nie opieraj swoich wyborów na podstawie cudzych doświadczeń. Ty i Twoje ciało napiszecie swoją historię jeśli tylko zdecydujesz się na rozpoczęcie tego pisania.

W przypadku ciąży, macierzyństwa- Chęć wejścia w nową rolę ma być w 100% Twoja- Ty przechodzisz przez trudy TWORZENIA życia, to Twój organizm walczy, to Twoje życie się nieodwracalnie zmienia. Dzielmy się przejściami, rozmawiajmy ze sobą, dodawajmy sobie otuchy, bo Kto jak nie MY :) Kobiety.


70 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie