• Dominika Śliwińska- Chrząszcz

🍴Krótka Historia Na Temat JEDZENIA👩🏼‍🍳

Z góry chciałabym zaznaczyć, że wszystko co tu piszę piszę ze SWOJEGO punktu widzenia. Nie jestem UPARTYM BARANEM posiadającym sztywne poglądy bez opcji zmiany, nie pozjadałam wszystkich rozumów tego świata, a do nauki mi jeszcze sporo zostało, ale swój mózg mam :) Bazę doświadczeń również i na tym opieram to co myślę na dany temat. DODAM, iż nie mam na celu urażenia nikogo i jeśli tak się stało to pamiętaj, że nie Wiem kim jesteś i jaką masz historię, więc nie stało się to celowo + jw. , ale... dziękuję, że tu jesteś i że to czytasz.


Kiedyś myślałam, że jestem wyjątkowa.

Z młodej kulki, którą byłam wpadłam w bulimię, następnie anoreksję o których nieraz pisałam, mówiłam. Te choroby, których się ŚWIADOMIE nabawiłam w młodym wieku zmotywowały mnie do kontynuowania swojej JEDZENIOWEJ podróży.

Po drastycznie szybkim zrzuceniu (w brutalny sposób) wagi doszłam do momentu w którym NIGDY nie było wystarczająco chudo. Moje zapadnięte ciało po jedzeniu domagało się automatycznie zwrócenia, żołądek i jelita bolały, włosy wypadały, paznokcie się kruszyły a rodzina głupiała ze stresu. Chcąc pozbierać wychudzoną, wybiedzoną SIEBIE do kupy po kilku nieudanych wizytach u psychologów (złe trafy)-SPIĘŁAM CHUDĄ PUPĘ.


Poszłam na studia, pokończyłam wiele szkoleń, poeksperymentowałam na sobie budując na tych eksperymentach TWERKOUT FITNESS i stałam się tzw. FIT FREAKIEM z kilkoma znaczącymi dyplomami i całkiem zacną bazą wiedzy 😅🙋🏼‍♀️


Wciąż przekonana o swojej wyjątkowości oparłam na własnej metamorfozie swój fach motywując innych do działania. Pamiętając krzyk niezrozumianej, niezadowolonej z siebie Kobiety, wiedziałam jakimi drogami chodzą myśli Poznawanych Kobiet. To co zrobiłam sama ze sobą dało mi siłę i kopa do pracy z innymi. Cudownej pracy, którą wciąż kocham, ale której sposób na przestrzeni lat ulegał niemałym zmianom. Moje przekonanie o byciu wyjątkową zdało egzamin i pozwoliło mi robić cuda. Dopiero po latach widzę, że było i jest nas wiele. Spora ilość trenerek ma za sobą lata katowania siebie, swojego ciała, historię uwzględniającą zaburzenia żywienia czy walki z niską samooceną i teraz myślę, że to po prostu pakiet BYCIA KOBIETĄ. Wiecznie coś było do poprawienia, polepszenia, wypracowania. Zawsze NIE TAKA, nie wystarczająca- przede wszystkim w swoim własnym odczuciu, ale... no cóż... jak większość z Tych Kobiet stanęłam do WALKI o odrobinę zdrowego rozsądku w tych oczekiwaniach.


Moim celem po wyjściu z BYCIA chudą było... BYCIE CHUDĄ, ale WYSPORTOWANĄ, sprawną, mieć siłę. Trening stał się moim życiem. Wtedy jadłam już ilościowo i kalorycznie odpowiednio dla swojego ciałka, ale znowu potrzebowałam chwili żeby zrozumieć, że słowo UMIAR ma sens nie tylko w kwestiach ODCHUDZANIA, ale też ROBIENIA FORMY, LICZENIA, RYGORU w stosunku do samego siebie. Potrzebowałam czasu, żeby mimo posiadanej wiedzy zacząć podchodzić do siebie jak do CZŁOWIEKA. Człowieka, który potrzebuje odpocząć, wyszaleć się, uspokoić, zgrzeszyć, oderwać od codzienności.


Moja praca trenera, dietetyka stała się moim życiem i głównym CELEM na kolejne długie lata. Kiedy tak naprawdę złapałam oddech?

Wylot i czasowa wyprowadzka na CYPR była swojego rodzaju PRZEŁOMEM.

Zaczęłam doceniać codzienność, zweryfikowałam pierwszy raz w życiu swoich znajomych, ZACZĘŁAM ODDYCHAĆ i myśleć o sobie, a potem... wróciłam do POLSKI by kolejny rok jak mrówka TYRAĆ od świtu do nocy totalnie padając każdego dnia na twarz ze zmęczenia i... niedożywienia. Nawet jak się starałam sprostać ilości kalorii to jednak ilość pracy zapewniała spalanie bonusów, a ambicja i chęć działania nie pozwalały przestać. Część osób pytało czy coś się dzieje, mówiło że zgasłam, że coś się chyba zmieniło- no nie zmieniło się wtedy zupełnie nic poza tym, że kompletnie pozbawiłam sama siebie WOLNEGO na rzecz pracy, którą tak bardzo kochałam. Z tego PRACOHOLIZMU wyrwał mnie dopiero mój obecny Mąż.


Gdzie jestem teraz?

Jestem w miejscu w którym zaczynam się zastanawiać nad priorytetami minionych lat. Praca pracą, pasja pasją, wiedza wiedzą, ale chodzi mi podejście moje do siebie i swojego ciała.


Odkąd uporałam się z regularnym głodzeniem się dbałam o to ciało. Świadomość posiadanej celiakii motywowała mnie do zdrowego i tym samym mądrego jedzenia- stało się to moim głównym celem każdego dnia- mądrze zjeść, poćwiczyć, dobrze DLA SIEBIE wyglądać. Dopiero teraz jak moje priorytety codzienności się nieco poprzestawiały widzę jak bardzo sama siebie uwięziłam w tej klatce. Nie, nie powiem, że tego nie lubiłam, ale dbanie o siebie miało CEL- widzieć efekty. Często byłam zmęczona, często niewyspana, często odmawiałam sobie przyjemności (to akurat nie uważam za głupie) by móc OBSERWOWAĆ owoce swojej pracy i wiecie co? I TAK NIGDY NIE BYŁAM DLA SIEBIE KATEM.


Współpracując Dietetycznie z Moimi podopiecznymi nakazuje im zawsze stawiać sobie JASNO CELE i oczekiwania w kwestii naszej współpracy i ich prywatnych postępów. Ważne jest by WIEDZIEĆ po co I GDZIE się biegnie. Jeśli te oczekiwania są sensowne (10 kilo w tydzień odpada:) to staram się w nie nie ingerować- ja tylko podpowiadam ja nie ustawiam nikomu życia, no chyba, że czyjeś cele są niezgodne z moimi morałami to wtedy odmawiam współpracy (nie uczestniczę w dobrowolnym SELF-KATOWANIU).


Natomiast od jakiegoś czasu zaczęłam mocno ingerować w sens stawianych sobie celów. Kwarantanna i ciąża pozwoliły mi zluzować- dałam swojemu ciału CZUĆ, WYBIERAĆ za mnie, NEGOCJOWAĆ (jak ono nie miało siły trenować to czasem jak czułam, że jest to naprawdę dla NASZEGO dobra to się zmuszałam, ale jak czułam, że nie to... nauczyłam się mówić sobie "nie musisz"). Poród i trwający pierwszy miesiąc połogu przewartościowały moje oczekiwania względem siebie.

Teraz chcę móc, chcę być zdrowa, sprawna, MIEĆ POKARM- na tą chwilę karmię piersią (więc muszę się odpowiednio- ilościowo i jakościowo- odżywiać) i nie pamiętam kiedy byłabym w stanie móc sobie wybaczyć te dwie fałdki na brzuchu jakie mam teraz (jeszcze rok temu bym się za nie zakatowała, no bo... JAK TO TAK).


Podsumowując.

To co moje to moje- doświadczenie, nauka, wiedza.


Czy to źle, że stałam się jedną z MILIONA trenerek opierając na swoim doświadczeniu swoją pracę i rozwój?


Nie sądzę. Dzięki temu jestem tu i teraz. Miałam większą motywację niż JA BEZ tego całego odbytego MARATONU sensacji :) (nigdy nie lubiłam się uczyć).


Jak teraz wygląda współpraca ze mną? 🤸‍♀️ TRENINGOWO NIGDY nie byłam za KATOWANIEM swoich podopiecznych. Trening dopasowywałam zawsze pod możliwości fizyczne i zdrowotne osób z którymi dane mi było pracować. Czasem było mocniej- czasem lżej. w trakcie prowadzonych treningów- grupowych czy personalnych NIE ZAPOMINAM, że Osoba z którą trenuję jest również CZŁOWIEKIEM i ból głowy, okres czy słaby dzień w pracy naprawdę mogą zdemotywować do treningu albo w odpowiedni sposób ujęte dać dodatkowego KOPA do aktywności w danym dniu.

Kierujemy się złotą zasadą: CHCIEĆ TO MÓC, ale... NIC NA SIŁĘ i wszystko Z GŁOWĄ.


🌶🍳 Tak samo z JEDZENIEM. 🍐🍌🥕

Sama swoje przeszłam, sama siebie jak widzicie zwaliłam niejednokrotnie z nóg, ale... po to mi były te wszystkie szkoły, kursy, szkolenia, kupione i przeczytane książki, żeby ogarnąć SIEBIE i umieć pracować z sensem z Innymi.

ZNOWU: opieram swoje działania i pracę z podopiecznymi na ICH możliwościach psychicznych fizycznych i zdrowotnych i jeśli trzeba konsultuje swoje działania z osobami mądrzejszymi, a jeśli nie jestem w stanie sama poprowadzić (jak już wspomniałam nie jestem ALFĄ i OMEGĄ) sugeruję współpracę z innymi zaufanymi specjalistami.


Może i jestem idealistką, ale moim celem nigdy nie było i nie będzie ZDZIERANIE kasy z ludzi. Oczywiście- praca to praca. Poświęciłam jej lata przygotowywania do wykonywanego zawodu i angażuję się przy okazji każdej współpracy, ale staram się działać skutecznie, nikogo nie naciągać i przekazywać tyle wiedzy by móc Zainteresowanemu KOMUŚ ułatwić życie.


Korzystając z Godziny Spania Małego Księcia obrałam mango, mandarynkę, otworzyłam puszkę z ananasem i nasypałam sobie miskę płatków CORN FLAKES miodowych dorzucając do niej kilka orzeszków. W ciągu dnia Zostałam nakarmiona przez Męża Pizzą Bezglutenową (OCZYWIŚCIE, że zjadłam CAŁĄ🤷‍♀️) i nie WCALE nie dziwi mnie obecność fałdek na brzuszku, ale wiecie co... jak przyjdzie pora to wiem, że jak zechce to wiem jak się z nimi uporać i to zrobię. Tego mnie nauczyły poprzednie lata współpracy z moim cielesnym ja. Wiem też, że zrobię to wtedy z głową- dla siebie i nie będzie to już nigdy moim GŁÓWNYM CELEM w życiu tylko uśmiechającym dodatkiem. Dzięki temu wiem, że to będzie miało większy sens niż kiedykolwiek.


Ach no i napisałam kolejnego posta ✏️

Postanowiłam, że będę JAK NIE CODZIENNIE TO co drugi dzień coś nowego wrzucać 🙋🏼‍♀️

Życzcie nam spokojnej i przespanej nocki i mam nadzieję do przeczytania po jutrze :)


31 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie